Księga.

Dodaj.

O mnie.

2010
czerwiec (3)

Mniej więcej w tym samym czasie gdzieś na zachodnim wybrzeżu Ameryki.
- Dorwałeś w końcu tego kitajca? - zagadnął zdenerwowany Keith McCarthy
- Wiesz, mamy problem... - odpowiedział Peter Hewson
- Jaki znowu problem?! Facet zabił trzydziestu ludzi, zalega nam z zapłatą za swoją córcię, i tylko Ty przeżyłeś spotkanie z nim. A propos, co z jego córką? Masz jakieś wieści?
- Przed chwilą dostałem telefon, internat przestał istnieć.
- Bardzo dobrze... Braciszek się spisał, trzeba będzie mu podziękować. A Ty weź tu nie stój jak ten pawian i nie rób oczu jak rozgotowany agrest, bo karze skończyć z Tobą i Twoją rodziną jak kazałem zniszczyć rodzinę tego typa. - Keith nigdy nie kłamał. Jego bezwzględność i brutalność była znana w całej Ameryce. Rządził kilkoma kartelami narkotykowymi i był sterem jednej z najgroźniejszych grup przestępczych obejmujących wpływami większą część zachodnich stanów, Irlandzkiej Mafii z Seattle.
Minęła dosyć spora chwila zanim Hewson załatwił wszystkie sprawy z pozostałymi jego poplecznikami i odszedł na spoczynek. Całej tej sytuacji przyglądał się Lee Hyong-Su - facet, którego poszukiwała Armia Koreańska za dezercje oraz wielu ludzi, z którymi kręcił ciemne interesy by zapewnić lepszy byt swojej córce, półsierocie Alison Lee. Jej matka amerykanka Kate Risen była łączniczką w Departamencie Obrony USA, oficjalnie zmarła na zawał serca. Hyong-Su znał prawdę. Jego partnerka została zabita przez ludzi McCarthy'ego podczas przekazania bardzo ważnych danych, które mogły zdemaskować przestępcze działania tego wpływowego człowieka. Teraz miał podwójny powód do nienawiści. Zamordował jego córkę. Jego kochaną Ally, którą zostawił pod opieką jej oprawcy. Nie było czasu na myślenie, tylko cicha infiltracja, mogła dostarczyć mu potrzebnych informacji. W momencie gdy Keith kładł się spać do jego przytulnego pokoju w hotelu zapukał elegancko ubrany mężczyzna, wyraźnie pochodzenia wschodniego.
- Dobry wieczór panu, jestem Jurij Maslov. Domyśla się pan w jakim celu przyszedłem?
- Panie! Jest wpół do drugiej w nocy, jestem porządnym obywatelem, czego pan ode mnie oczekuje?!
- Proszę o rozmowę w cztery oczy. Myślę, że będzie pan zainteresowany moją propozycją.
- No dobrze... proszę niech pan wejdzie.
Pokój był wyraźnie ekskluzywny. Wielkie szafy z lustrami, taras widokowy, telewizor plazmowy świadczyły o tym, iż ten człowiek nie żałuje pieniędzy.
- Widzi pan, zostałem wysłany przez swojego szefa Grigojeva, z propozycja współpracy dla pana. Dajemy panu najlepszych ludzi, i sprzęt w zamian za kontrole portów.
- Nie ma mowy. Kto to jest ten Grigojev? I kim Ty człowieku jesteś?! - nagle McCarthy wyciągnął z kabury pistolet. - Ty dobrze wiesz, że nie jestem byle kim. Czego ode mnie chcesz? Narkotyków? Broni? Dziwki?
Lee nie zdążył odpowiedzieć. Przez drzwi wszedł Peter Hewson, który rozpoznał w eleganckim Rosjaninie swój cel. Wyciągnął swoją berettę i nacisnął bez wahania na spust. Lee Hyong-Su umierał ze świadomością, że jego córka nie żyje, i za chwilę spotka ją - tam po drugiej stronie. Lecz zanim się wykrwawił usłyszał rozmowę McCarthy'ego z Hewsonem.
- Keith, musimy uciekać, Arthur się przyznał do podpalenia, wydał Ciebie, mnie i wielu innych naszych ludzi.
- Najważniejsze że mała nie żyje.
- Szefie - głos Hewsona się załamał - mała przeżyła.
Bezwzględny bandyta zaklnął, sięgnął po swój pistolet, wystrzelił magazynek w stronę Petera, i oddalił się swoim prywatnym helikopterem w kierunku byłego już internatu w Chesterfield.
Tymczasem gdzieś w tamtejszych okolicach, młoda kobieta cuciła Alison.


Zbliżała się godzina pierwsza piętnaście w nocy. Alison nie mogła zasnąć, rozmyślała nad tym co się wydarzyło wczoraj wieczorem. - Szczęście się do mnie w końcu uśmiechnęło. - mruknąwszy to zdanie uśmiechnęła się do siebie. Zamknęła oczy i próbowała schwycić ostatnie godziny spokoju.
Około 3:40 za drzwiami zaczął rozbrzmiewać dźwięk dzwonka. Obudziło to koleżankę dzielącą pokój z Ally - jedenastoletnią Beatrice Wright.
- Pora na śniadanko - powiedziała przez zamknięte oczy. - Ally! Wstawaj! - sięgnęła za siebie jak to zwyczajowo robiła. Rice - bo tak wołali na najmłodszą z rodzeństwa Wrightów była dość wysoką, jak na jej wiek, blondynką o brązowych oczach. Punktualność i spontaniczność to były - jak zwykła mawiać - jej znaki firmowe. Otworzyła oczy, lecz to co zobaczyła to nie był poranek, a dźwiękowi dzwonka nie towarzyszył zapach świeżych bułeczek z piekarni Princetona.
- Alison! Obudź się! - zaczęła nagle i gwałtownie zrywać piętnastoletnią stypendystkę. Przez drzwi zaczęły się przedostawać kłęby gęstego siwego dymu.
- Ale ja nie chcę z kożuchem! - mruknęła zaspana Lee
- Ally proszę Cię, wstań! Mamy pożar! Obudź s... - Rice nie zdążyła skończyć zdania, przewrócona przez Alison, która niespodziewanie zerwała się z łóżka.
- Co? Pożar? Gdzie są moje ciuchy? - panika zdawała się przejąć kontrole nad nerwami młodej dozorczyni.
- Rice, wyjdziesz przez okno, i polecisz po dyrektora McCarthy'ego. Następnie pobiegniesz do budki dzwonić po pomoc. Pamiętasz numer?
- 911? - Rezolutność jedenastolatki zdawała się wyczuć nawet teraz
- Zdolna dziewczyna. - Alison pomogła wyjść Beatrice, a sama uzbrojona w latarkę, gaśnicę, paczkę cukierków i zawiniątko ze stypendium pobiegła na pomoc osobom, które pozostały na wakacje w internacie. - Jestem na parterze we wschodnim skrzydle, nie było tu nikogo prócz mnie i Rice. Całe zachodnie jest puste. Jedynymi osobami, które zostały dziś na noc są Kelly Ingeist, i Polly Jung, na 4 piętrze. - myślała na głos Alison Lee, po czym pobiegła na 4 piętro. Dym nie ułatwiał gonitwy na górę. Ledwo przytomna weszła do pokoju dwunastolatek.
- Kelly! Polly! - krzyczała Ally jednocześnie "tnąc" kłęby dymu światłem latarki. Łóżka były puste.
- Kurde. Gdzie jesteście dziewczyny?! - nerwy były napięte do granic wytrzymałości - Nie dopilnowałam procedur. Nie przeszkoliłam ich co robić na wypadek pożaru. A może po prostu nie dogasiłam kominka? -
Nagle budynek jakby tąpnął, Ally zaczęła uciekać. - Może jakimś cudem uciekły - pomyślała Alison, i ostatkami sił rzuciła się na trawę nieopodal internatu. Krztusiła się; Dym był tak gęsty, że omal nie straciła życia, nie wspominając o przytomności, której doświadczała tylko częściowo - Gdybyś tu był Tato. - Jęknęła Alison i zatraciła kontakt ze światem.


Proszę o powstanie! - wszyscy w tej niezbyt wielkiej, ale nadzwyczaj przestronnie wyglądającej sali niezwłocznie przystąpili do wykonania tego polecenia; Arthur McCarthy - dyrektor szkoły średniej oraz internatu w Chesterfield był jednym z niewielu autorytetów w tej szkole. Uczniowie byli - co by dużo tu mówiąc, z biednych rodzin, żyjących z zasiłków socjalnych. Owszem, zdarzali się też nastolatkowie o wyższym statusie materialnym jak Matthew O'Cane czy Jessica Worth, ale dość niepozorna Ally Lee, córka uciekiniera z Północnej Korei należała raczej do tych pierwszych.
- Witam was wszystkich moi drodzy podopieczni - rzekł dyrektor McCarthy z dość szerokim uśmiechem, faceta reklamującego proszki do prania. - Mamy dzisiaj siedemnastego czerwca, ostatni dzień przed wakacjami - dla jednych z was czasu odpoczynku, dla drugich ciężkiej i wytężonej pracy w internacie. - Alison trzęsła się na myśl o tym że zostanie wywołana, bo wiedziała o czym jest mowa - od pięciu lat jest mieszkanką zaplutego i znienawidzonego przez nią internatu im. Theodeore'a Roosevelta.
- Alison Lee! - krzyknął wręcz z mównicy pan McCarthy - Podejdź tu moja droga, no nie bój się - sfrustrowana Ally niepewnym krokiem ruszyła ku środkowi sali, skąd już miała tylko pięćdziesiąt metrów do mównicy - pięćdziesiąt metrów, w niej mniemaniu hańby. Wiedziała jaki los gotuje dla niej ten masywny brunet. Wszędzie widziała oczy, wszystkie pary ślepi na tej sali były skierowane na jej osobę, osiemset osób po cichu chichrało się z nieporadnej piętnastolatki.
- Jako najstarsza stażem w tym internacie, otrzymujesz funkcję dozorcy porządku, którą będziesz spełniała przez cały następny rok szkolny. Od jutra! - nagle na sali nastąpiła wrzawa, wszyscy nastolatkowie wpadli w szał śmiechu, którego nie mogli powstrzymać nawet obecni na apelu nauczyciele. - Jednocześnie od jutra dostajesz tysiąc trzysta dolarów stypendium naukowego miesięcznie, za najlepsze wyniki w nauce. - nagle rykowisko ucichło, w nielicznych miejscach na sali dało się usłyszeć klaskanie, w innych kwilenie, a nawet płacz. Było bowiem wielu wybitnych uczniów, którzy starali się o te stypendium.
- Ally, podejdź tu do mikrofonu. - dyrektor spojrzał na nią tak ciepło, jak dotychczas myślała, potrafił tylko jej ojciec. Ile to już razy marzyła o tym by go ujrzeć po raz kolejny. - To już 7 lat - powiedziała pod nosem nastolatka, i z niespotykaną od dawna pewnością siebie, podeszła do podestu przy mównicy.